Zabytki. Architektura. Lifestyle.

Home » Polska » Zabytek zaniedbany w II RP

Zabytek zaniedbany w II RP

RP

„Zabytki, gdy w grę wchodzą ogromne pieniądze, deweloperzy i posłuszne im urzędasy – znaczą niekiedy niewiele”. Ta obiegowa (a zapewne dla wielu kontrowersyjna), często pojawiająca się w dyskusji na temat ochrony cennych pamiątek przeszłości, opinia odnosi się do czasów współczesnych, ale gdy poszperać w starych kronikach i prasie z lat trzydziestych okaże się, że przed wojną bywało z tym jeszcze gorzej. Poniżej kilka przykładów.

Dancing zamiast klasztoru

Nie ma świętości” – pisał pracujący w jednej z popularnych przedwojennych gazet dziennikarz i trudno się z nim nie zgodzić. Na dowód pewien przypadek z warszawskiego bruku. Stołeczny milioner, znany przede wszystkim w branży filmowej, w drugiej połowie lat trzydziestych zamierzał kupić stary klasztor Paulinów i w jego zabytkowym wnętrzu urządzić… restaurację z dancingiem. I ponoć doprawdy niewiele brakowało, aby znana w Warszawie budowla została przemieniona w głośny klub rozrywkowy.

W tym przypadku magistrat w porę się opamiętał, a wskutek reakcji towarzystwa opieki nad zabytkami z planów milionera ostatecznie wyszły nici. To co jednak, mówiąc kolokwialnie, nie przeszło w stolicy, udawało się bez problemu na wschodzie Drugiej Rzeczypospolitej.

Panowie w stolicy mocno sobie zaprzątali głowy innymi sprawami, na to co działo się na przykład na dalekim Wołyniu przymykano najczęściej oko. A tam lata zaniedbań (za co gwoli ścisłości odpowiadał przede wszystkim carski zaborca), powszechna bieda, zacofanie i brak środków sprawiały, że ten kto posiadał pieniądze mógł zrobić niemal wszystko. Zniszczyć zabytek również.

Na Kresach najgorzej

Wspominał o tym w jednym ze swych reportaży pisarz i dziennikarz Ksawery Pruszyński. Wspominał i się złościł. Ale czyż można utrzymać nerwy na wodzy, gdy słyszy się chociażby o niszczejących zabytkach, legendarnych siedzibach Wiśniowieckich i Mniszchów, niegdyś dumnych symbolach wschodniego bogactwa rządzących tu książąt, gdzie w latach dwudziestych zaczęli panoszyć się byle prostaczkowie z grubo wypchanymi portfelami? Zdarzyło się więc i tak, że pewien starosta powiesił w reprezentacyjnym miejscu siedziby Wiśniowieckich tablicę na swoją cześć, chociaż wkrótce jego nazwisko znalazło się również w policyjnej kartotece (w 1924 roku zrujnowany pałac w Wiśniowcu odnowił architekt Władysław Horodecki).

Pałac w Wiśniowcu, dwudziestolecie międzywojenne

Pałac w Wiśniowcu, dwudziestolecie międzywojenne

Do większego jeszcze zgorszenia omal nie doszło w Krzemieńcu, gdzie jeden z wielce przedsiębiorczych jegomości postanowił w gmachu starej, znanej i wielce wówczas poważanej uczelni zamalować zabytkowe freski jezuickie, bo z jakichś powodów mu się to opłacało. Marny los spotkał również zabytkowy zamek w Starym Oleksińcu, w dwudziestoleciu międzywojennym własność Lasów Państwowych. Ówczesny właściciel nie dość, że nie zajął się odrestaurowaniem pięknego zabytku to w dodatku dopuścił do zawalenia się wielkiej bramy wjazdowej, z kolei efektowną barokową salę zamku zamierzał przemienić w (uwaga!): salę gimnastyczną.

O pomstę do nieba woła również to, co uczyniono w tamtym czasie z jedną z najważniejszych budowli warownych gotyku w Polsce, zamkiem Lubarta w Łucku. Z tego bowiem obiektu, ponieważ nikt nie miał widać lepszego pomysłu, korzystała straż pożarna traktując cenny zabytek jako miejsce… ćwiczeń, co oczywiście wiązało się z dewastacją zabytku (według innych źródeł strażacy zainstalowali w zamku punkt obserwacyjny). Cóż jednak w tym dziwnego, skoro nawet salę lustrzaną w Wiśniowcu wydzierżawiono bogatemu Żydowi, a w efekcie działało tu ponoć przez pewien czas podrzędne kino.

Zamek Lubarta w Łucku

Zamek Lubarta w Łucku

Kradzieże

W tamtej Polsce zagrożone były nie tylko zabytki architektoniczne. Przed wojną bowiem kradło się wartościowe dzieła sztuki, w tym zapomniane dzisiaj, a przecież przedstawiające ogromną wartość cenne druki, autografy znanych pisarzy, „białe kruki” piśmiennictwa. W „dziedzinie literackiej” nie ma bodaj zdolniejszego od Romualda Ziemkiewicza. Mężczyzna ten posługiwał się fałszywym dyplomem inżyniera czym zaskarbił sobie zaufanie środowisk naukowych oraz bibliotekarzy. Szalenie inteligentny i znakomicie przy tym obeznany z kwestiach literackich (swoją drogą specjalista od zabytków piśmiennictwa białoruskiego!) nadużył zaufania kradnąc cenne egzemplarze, a potem sprzedając je i to bynajmniej nie na czarnym rynku.

Jego ofiarą padła między innymi Biblioteka Rapperswilska, której cenne zbiory trafiły w 1927 roku do kraju ze Szwajcarii i zostały tymczasowo umieszczone w gmachu Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych. Tam zaś częstym gościem był, cieszący się powszechnym szacunkiem pracowników instytucji, Ziemkiewicz. Nasz sprytny bibliofil-materialista zdołał ponoć odsprzedać skradziony przez siebie list Cypriana Norwida i autograf Adama Mickiewicza… Muzeum Narodowemu, a szefowie tychże placówek rychło w czas odkryli, że zakupione przez nich cenne pamiątki zostały skradzione ze zbiorów raperswilskich.

Lista tego typu haniebnych dokonań jest oczywiście dłuższa, chociaż nie chcę przez to powiedzieć, że dwudziestolecie międzywojenne wybija się negatywnie pod tym względem na tle innych epok. To po prostu problem znany od dawien dawna. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą prywatne interesy podparte dużą forsą.

Źródła:
– Prasa przedwojenna
– Ksawery Pruszyński, Podróże po Polsce. Podróże po Europie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1966.
– Ziemkiewicz, czyli żywot bibliokleptomana, Tajny Detektyw!
– Remigiusz Piotrowski, Absurdy i kurioza przedwojennej Polski, PWN, Warszawa 2016.