Zabytki. Architektura. Lifestyle.

Home » Świat » Tokio – gdzie tu niby jest centrum?

Tokio – gdzie tu niby jest centrum?

Wpis gościnny

Walizki spakowane, paszporty i bilety sprawdzone, wystarczy tylko wsiąść do samolotu i po kilkunastu godzinach zacząć zwiedzać centrum Tokio. Brzmi jak dobry plan? Nie do końca. Nie dlatego, że Tokio jest miejscem, którego nie warto zwiedzać, ale dlatego, że jest zupełnie inne niż miasta, które znamy ze świata zachodniego. Architektonicznie inne.

Wysiadamy z samolotu, odbieramy bagaż i idziemy kupić bilet do centrum miasta. Jeśli szczęśliwie wylądowaliśmy na Hanaedzie to w około 20 minut dojedziemy do stacji Shinagawa, a stamtąd już rzut beretem do stacji Tokyo, czyli w okolice Pałacu Cesarskiego. Jeśli mamy mniej szęścia lub mieszkamy w kraju, skąd linie lotnicze niezbyt chętnie latają na Hanedę, to właśnie wylądowaliśmy na lotnisku Narita, które wprawdzie często nazywane jest Tokyo-Narita, co jest poniekąd prawdą, jeśli przyjmiemy, że znak „-„ nie oznacza części Tokyo, ale co najmniej 60- (wersja na bogato) lub 90-minutową (budżetowo) przejażdżkę pociągiem lub autobusem. Ale bez względu jak lecimy do Japonii, czy mamy zaplanowaną każdą minutę wycieczki, czy raczej działamy spontanicznie, prędzej, czy później zadamy sobie to pytanie – „gdzie tu jest centrum?”

Linia Yurikamome w Tokio

No właśnie – nigdzie i wszędzie zarazem. W zależności od tego, co chcemy w danej chwili robić. Wiąże się to z innym podejściem do organizacji przestrzeni i rozumieniem, czym jest tkanka miejska. W Europie, a w zasadzie w całym świecie „zachodnim” jednym z nośników historii i łącznikiem pomiędzy teraźniejszością a czasami minionymi jest architektura. Od XVIII i XIX wieku, w miarę możliwości i chęci, staramy sie zachować wygląd starych budynków, reknostruujemy je, kolorujemy fasady, odtwarzamy. Głównie na zewnątrz, gdyż ani nie zachowujemy układu wnętrz, ani nie zachowujemy ich funkcji. Oczywiście, liczne wojny, które się przetoczyły przez wiele zakątków Europy, pozostawiły puste ślady w organiźmie miejskim. Nie zawsze dało się restaurować, nie zawsze też był sens odbudowywać. Chociaż czasami, dla zachowania duszy miasta, odbudowywaliśmy całe kwartały – Warszawa, Berlin, Drezno.

Historia Tokio to głównie trzęsienia ziemi (ostatnie wielkie z 1923 roku), pożary, i działania wojenne.

Podobno ulice w japońskich miastach budowane były w taki sposób, aby wróg, któremu udało się wtargnąć do miasta, tracił orientację. Ale gdyby tylko tym tłumaczyć wygląd japońskich miast, byłoby to zbytnie uproszczenie. W Japonii nośnikiem tradycji nie jest budynek, ale jego funkcja. Średni wiek budynku w Tokio to około 26 lat! Budynek, który ma więcej niż 15 lat uważany jest za stary. Japońskie miasta podlegają ciągłemu przeobrażaniu, są poddane ciągłym zmianom. Na miejscu starych, drewnianych budynków wyrastają nowe, betonowe, które w ciągu życia jednego pokolenia zastępowane bywają kolejnymi, wyższymi.

Z wyjątkiem małych fragmentów miasta, gdzie z bliżej nieokreślonego powodu, zdecydowano się zachować historyczą zabudowę (jak chociażby Yanaka czy Tsukuda), długość życia budynku jest raczej krótka. Stąd materiały wykorzystywane do budowy nie są najtrwalsze, ani styl zbyt wysublimowane. Byle się na głowę nie lało. Ważniejsza jest wytrzymałość na trzęsienia ziemi i funkcjonalność. Bez większych sentymenów. Gdy młode pokolenie odziedziczy stary drewniany dom po rodzicach, często, jeśli finanse pozwalają, burzą stary dom i budują w jego miejsce nowy. Łącznikiem z przeszłością nie jest kamień, drewno i papier (w wersji nowocześniejszej żelbet, plastik i wszelkie odmiany gumolitu), ale funkcja. Duch domu jest zachowany, gdyż związany jest on z funkcją, którą dany kawałek ziemi pełni. Tu stał dom rodziców, tutaj znajduje się również przestrzeń, którą nowe pokolenie oswaja i nazywa swoim domem, w którą wlewa swoje współczesne radości i smutki. Tak, jak robili to ludzie przed nimi. Podobnie z miastem. Miastem, które płata figle naszej percepcji.

Gdybyśmy podziwiali panoramę nowoczesnego Tokio z tarasu widokowego – wieży Tokyo Tower i zapragnęlibyśmy zanurzyć się w historii miasta, zjechać na poziom gruntu i dla odmiany zobaczyć stary świat, to pewnie zechcemy odwiedzić niedaleką świątynię Zozo-ji. Specyficzny kolor drewna, jego zapach, kamienie wyszlifowane milionem stóp. Majestat wieków. Nie do końca. Wpadliśmy w pułapkę. Wieża, na wskroś nowoczesna, totem powojennej myśli technicznej, jest starsza niż świątynia, w której „mówiły wieki”. Została wybudowana w 1958 roku, świątynia Zojo-ji w 1974. Wprawdzie jej historia sięga setek lat w przeszłość, to świątynia, jak większość budynków, podlega cyklom narodzin i śmierci. Co 50-80 lat duch miejsca inkarnuje w nowy budynek. Historia jest zachowana i przekazywana poprzez funkcję.

Świątynia Zojo-ji i Tokyo Tower w tle

Świątynia Zojo-ji i Tokyo Tower w tle

Podobnie dzielnice – w ciągłym ruchu na osi czasu, podlegające nieustannym przemianom. Dwie stacje na północ od stacji Tokyo znajduje się Akihabara – elektryczne miasteczko, stolica geeków, nerdów i wszelkiej maści otaku. Wypełniona po brzegi betonowo-szklanymi budynkami, elektroniką, komputerami, plastikowymi figurkami postaci anime, wszelkiej maści rozrywką. Na próżno by szukać tutaj śladów przeszłości. Nawet nie odległej, ale tej sprzed 20 lat. Zupełnie inna Akihabara, niż ta sprzed lat, ale mimo wszystko ta sama. W miejscu, w którym współcześni kupują smartfony, ich dziadkowie 70 lat temu zaopatrywali się w sprzęt radiowy i elektryczne wyposażenie mieszkań.

Albo Harajuku, którego kawiarnie i okolice upodobali sobie kiedyś obcokrajowcy, w którym wypadało bywać i się pokazać, jeśli było się szanującym przedstawicielem zbuntowanego oraz otwartego na nowości z zagranicy pokolenia. Niewiele sie zmieniło – wprawdzie obcokrajowców można znaleźć wszędzie w Tokio, nie tylko w Harajuku – to młodzież, która swoje ostatnie momenty buntu przeciwko dorosłym i mieszczańskiemu społeczeństwu chce meanifestować ubiorem, wybierze się dzisiaj właśnie tu. Ostatni moment na pokolorowanie włosów na niebiesko, założenie dziwacznego stroju kosmicznego pirata i oddanie się zabawie. Pożniej już tylko praca.

Albo Shinagawa – kiedyś pierwsza stacja pocztowa na drodze Tokaido, miejsce, gdzie podróżni musieli okazywać pozwolenia na odbycie podróży. Dzisiaj – miejsce, o największym zagęszczeniu pokojów hotelowych w Tokio – ponad 6000 miejsc noclegowych zlokalizowanych niedalego stacji. Brama do miasta – port, gdzie podróżni zatrzymują się w swojej drodze do lub z Miasta.

Modelowym przykładem zachowania historii poprzez funkcję jest Wielka Świątynia w Ise, zlokalizowana w prefekturze Mia. Ów szintoistyczny chram, poświęcony bogini Amaterasu, założony podobno w 4 wieku p.n.e (chociaż niektórzy badacze uważaja, że był to raczej III-V wiek n.e.), co 20 lat jest demontowany i odbudowywany w tym samym kształcie. Co pokolenie, od setek lat. Jako najświętszy przybytek jest wciąż dla każdego pokolenia nowy, świeży, ale zarazem oryginalny i przedwieczny. Dzisiajsza inkarnacja pochodzi z 2013 roku, kolejna odbudowa w 2033 roku. Aż po czasu lub chęci kres.

I takie jest też moje Tokio – nowoczesne, a zarazem stare. Gdy przyjeżdza się tutaj jako turysta widzi się tę nowoczesność, poniekąd bylejakość niektórych dzielnic, które nie są wieżowcami ze betonu i szkła, a nie widzi się historii. Historia zaczyna przemawiać w jesienne popołudnia – gdy w zawirowaniu dymu z kadzidła spowodowanym spadającym z drzewa liściem, skrzy się promień ostatniego ciepłego jesiennego dnia. I wtedy nie wiadomo, w którym cyklu życia jesteśmy, gdzie się podziały te wieżowce ze stali, ani kim w tej chwili jesteśmy. A potem nadchodzi wieczór i Tokio przemienia się w zupełnie inne miasto…

Autor: PongTokyoPongi.com