Zabytki. Architektura. Lifestyle.

Home » Polska » Niełatwe początki motoryzacji w dawnej Polsce

Niełatwe początki motoryzacji w dawnej Polsce

RP

Kiedy znany polski pisarz i aktor Józef Kotarbiński zajechał do Łodzi na początku dwudziestego wieku samochodem, od plotek huczało całe miasto. Niemniejszą sensację wywołało dwóch oficerów, którzy w tym samym mniej więcej czasie wybrali się do miasta włókniarzy automobilem, a pokonanie trasy ze stolicy do Łodzi zajęło im „zaledwie” pięć godzin. Pojazd napędzany nie siłą końskich mięśni, a silnikiem? To się wprost w głowie nie mieściło…

Tak naprawdę samochody zaczęły pojawiać się na polskich, fatalnych wtedy drogach dopiero po wojnie z bolszewikami, a że do połowy lat 20. były horrendalnie drogie, nawet stary automobil z tak zwanego demobilu (dzisiaj bezcenny zabytek) czynił z jego posiadacza w opinii społeczeństwa personę niezwykle zamożną.

Przyjemność na chwilę

Przed rokiem 1920 samochód był czymś bardzo rzadko spotykanym, niemniej na przykład w Warszawie, a także w Łodzi czy Poznaniu (tu ze względu na bliskie stosunki z Niemcami i szczególną wagę jaką przykładali do wszelkich nowinek technicznych właściciele fabryk) zwrócono już wtedy uwagę na rozwój motoryzacji. Jej początki nie należały jednak na ziemiach polskich do łatwych.

Łódź, ul. Piotrkowska przed wojną

Łódź, ul. Piotrkowska przed wojną

W dniu wczorajszym niefortunni majstrowie reperujący samochód zrobili fiasko przy próbie i znów zatamowali ruch uliczny. Jedna jeszcze okoliczność przy samochodach zwraca uwagę, to jest wydzielający się odór benzyny, który zatruwa i tak ciężkie powietrze łódzkie. Wskutek zepsucia się samochodu w dniu wczorajszym przed domem Petersilgego tramwaje były chwilowo wstrzymane” – donosiła 1 października 1901 roku gazeta „Rozwój”, opisując przypadek pewnego Niemca, któremu sprowadzony z zachodu samochód uległ awarii na ulicy Piotrkowskiej 165. Kilkunastu sprowadzonych mechaników próbowało uruchomić rzadko spotykany wynalazek, a że ich próby spaliły na panewce, pojazd zatamował drogę tramwajom i tym samym sparaliżował ruch w centrum miasta na kilka dni.

Wszystko to oczywiście ku uciesze dorożkarzy, którzy wyczuwając pismo nosem upatrywali w czterokołowej maszynie groźnego konkurenta, jak pokazała przyszłość – całkowicie słusznie, bo to właśnie samochody zastąpiły z czasem romantyczne dorożki i ubranych w liberię dorożkarzy. Wtedy jednak, to jest na początku dwudziestego wieku, ci mogli sobie jeszcze dworować z niefortunnego szofera i jego chluby. Kiedy więc samochód wciąż „odpoczywał” w rynsztoku, przejeżdżający dorożkarze śmiejąc się pod nosem radzili – a to aby nasypać przed maskę nieco owsa, a to aby sprawdzić podkowy, a to wreszcie aby podpiłować „potworowi” zęby. Podobne uwagi wyprowadzały zrozpaczonego Niemca z równowagi, niemniej łódzka publiczność była ulicznym spektaklem zachwycona.

Plac Wolności, przedwojenna Łódź

Plac Wolności, przedwojenna Łódź

I chociaż entuzjastów motoryzacji nigdy w Polsce nie brakowało, amatorzy „samojazdów”, jak na samym początku nazywano samochody, szybko zdali sobie sprawę, że jest to przyjemność wymagających wiele cierpliwości, szczęścia i dobrej… kondycji. Zazwyczaj bowiem, kiedy jegomość wybierał się na przejażdżkę liczyć się musiał z awarią pojazdu, a ten (to już prawdziwa złośliwość rzeczy martwych), jak donoszą stare kroniki prasowe zwykle rozkraczał się gdzieś za miastem, w szczerym polu, bądź też na najbardziej ruchliwych drogach w centrum miast. A zatem bogacze, którzy mogli sobie pozwolić na zakup samochodu, przyjemność z jazdy czerpali przez krótką chwilę, bo po niej (gdy ktoś przezorny i zadbał zawczasu o ratunek) należało przesiąść się do furmanki lub karety.

Ostrzelany za zbyt szybką jazdę

Te wszystkie problemy natury technicznej nie przeszkodziły jednak w rozwoju motoryzacji. Ponoć już w 1911 roku na ulicach Łodzi pojawiły się pierwsze taksówki (ich kierowców nazywano wówczas „woźnicami”), a że zarówno przepisy ruchu drogowego jak i kwestie związane z regulaminem świadczenia tego typu usług wciąż były w powijakach, dość powszechnym obrazkiem w mieście stały się awantury o wycenę kursu pomiędzy klientami a szoferami.

Co prawda w tym mniej więcej czasie (to jest jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej) ogłoszono ogólne przepisy międzynarodowego ruchu samojazdów, a te zaczęły obowiązywać również na terenach zaborów, niemniej „kodeks” ten miał charakter dość ogólny i nie precyzował szczegółów. W związku tym dochodziło do absurdalnych sytuacji – pewien łódzki przemysłowiec w Pabianicach pod Łodzią został… ostrzelany przez policjantów z broni palnej ponieważ zignorował nawoływania stróżów porządku do wolniejszej jazdy.

Już w wolnej Polsce łódzka policja otrzymała (to w roku 1919) pierwszy samochód, a pewien człowiek założył nawet firmę zajmującą się przewozem ludzi autobusami na trasie Brzeziny – Łódź. Niestety, interes trzeba była zwinąć już po kilku dniach, bo autobusy co rusz ulegały awariom. Kłody pod nogi entuzjastom automobili rzucali również uczniowie szkół, którzy nie wiedzieć czemu upodobali sobie zabawę polegającą na rzucaniu na drogę rozbitego szkła, dziurawieniu opon, obrzucaniu jadących pojazdów kamieniami czy wreszcie przebieganiu przed sunącymi po ulicy samochodami.

Piraci drogowi

Umiejętności samych kierowców również pozostawiały w tamtym czasie wiele do życzenia, a chociaż samochodów na ulicach było niewiele, wypadki zdarzały się często. Gwoli ścisłości należałoby zaznaczyć, że to nie kierowców nazywano wówczas „piratami drogowymi”, bo to wielce „zaszczytne” miano, o czym niewielu wie, zarezerwowane było w dwudziestoleciu międzywojennym dla kierujących… dorożkami i wozami. Dodajmy – zarezerwowane w pełni zasłużenie. Wydaje się, że gdyby chcieć porównać do czegoś poziom kultury osobistej współczesnych kierowców to należałoby tu wskazać nie ówczesnego szofera automobilu, a właśnie na pana woźnicę wyprawiającego na drodze najrozmaitsze, często bardzo niebezpieczne dla pozostałych uczestników ruchu drogowego harce.

Coraz więcej

Chociaż w porównaniu z Francją czy Niemcami wciąż byliśmy krajem motoryzacyjnie zacofanym, a samochód czy motocykl zwykłemu śmiertelnikowi jawił się jako nieziszczalne marzenie, w latach trzydziestych samochody stawały się już dość powszechnym elementem krajobrazu większych miast, a że prasa i władze promowały rozwój motoryzacji (upatrywano w tym między innymi szansę na polepszenie jakości polskich dróg), na posiadanie własnego samochodu mogli sobie pozwolić nie tylko bogacze, ale i przedstawiciele dobrze prosperujących zawodów, w tym oczywiście politycy, artyści, wojskowi czy właściciele dużych firm.

Początki motoryzacji w dawnej Polsce

Pędzące po ulicach miast, pędzące na złamanie karku towarowe rolwagi, taksówki, furmanki i samochody onieśmielały przybyszów z prowincji. Co ciekawe, zdaniem prasy z lat dwudziestych i trzydziestych, tempu narzuconemu przez pojazdy nie sprostali przechodnie i dlatego władze II RP kilkukrotnie organizowały, między innymi w Łodzi i Warszawie… ćwiczenia przechodzenia przez ulicę. Ćwiczono niekiedy do skutku, nierzadko zdarzało się na przykład, że policjant nakazywał gustownie ubranej pannie ponowne przejście przez ulicę, bo ta przeskoczyła przez nią niezgodnie z przepisami.

A samochody? Samochody, chociaż w 1938 roku było ich nad Wisłą zaledwie dwadzieścia sześć tysięcy, pędziły po Polsce coraz szybciej. Jak grzyby po deszczu powstawały kluby miłośników automobili, w prasie reklamowali się producenci samochodów, organizowano rajdy, a najlepsi kierowcy cieszyli się niemniejszą sławą niż piłkarze, lekkoatleci, bardzo popularni w tym czasie zapaśnicy czy piloci samolotów. Narzekali tylko dorożkarze.

Źródła:
– Przedwojenna prasa (w tym: „Rozwój”, 27 IX 1901).
– Jerzy Urbankiewicz, Za płotem Paradyzu, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1960.
– Maja i Jan Łozińscy, W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne, PWN, Warszawa 2012.
– Narodowe Archiwum Cyfrowe.