Zabytki. Architektura. Lifestyle.

Home » Polska » Komentarz nie-redakcyjny: Lubię PRL

Komentarz nie-redakcyjny: Lubię PRL

RP

Klinujący się piwem po ciężkim wieczorze. Seta i tłuczone ziemniaki, do tego zabawne plakaty, pralka Frania, dowcip, kartki oraz nostalgia. W przestrzeni miejskiej od lat funkcjonuje przaśno-cukierkowy stereotyp PRL-u, nie zdziwmy się zatem, jeśli wkrótce młode pokolenie dojdzie do wniosku, że życie w tamtej Polsce było całkiem przyjemne.

Na początku sierpnia Łódź obiegła wiadomość, że na ulicy Piotrkowskiej i w okolicach Placu Wolności stanęły ikony PRL-u, między innymi syfon, pralka frania i termos. Autor instalacji wyjaśniał – chodzi o humor, dystans, przede wszystkim zaś: „Nie znajdziemy tutaj zaangażowania politycznego, nie doświadczymy duchowej metafizyki, nie wejdziemy w złożony, wielopoziomowy dyskurs próbujący lawirować w meandrach filozofii.

Plac Wolności w Łodzi syfon

I ja to przyjmuję do wiadomości, więcej nawet – jestem w stanie przyklasnąć, rozumiem bowiem, że artysta intencje miał całkiem ahistoryczne i apolityczne, a ponieważ instalacje zapewne niejednemu łodzianinowi przypadły do gustu, radości z obcowania z „dziełem sztuki” nikomu odbierać nie zamierzam, sama zaś idea stworzenia z centrum Łodzi ulicznej galerii sztuki jest bez wątpienia pomysłem trafionym.

Jednakowoż prace w ramach projektu „Kingsize”, a przede wszystkim ich odbiór, niejako rykoszetem (artysta nie zawinił), zwracają uwagę na kwestię recepcji PRL-owskiej symboliki (także tej odnoszącej się do szeroko rozumianej sztuki czy architektury), nabierającej po wielu latach dziwacznego znaczenia. Świadomie bądź podświadomie jawią się nam one (tj. te symbole) coraz częściej jako przaśne co prawda, ale bliskie sercu rekwizyty zabawnej, w pewnym stopniu nawet cukierkowej przeszłości. I to właśnie relatywizacja ponurego „wczoraj” (a nie te termosy i syfony) powinny dać do myślenia.

Pralka frania na ul. Piotrkowskiej w Łodzi

To prawda, że pralka Frania była w tamtej rzeczywistości marzeniem prawie każdej pani domu, a smak wody sodowej z saturatora na placu Niepodległości w Łodzi sam wspominam z pewnym rozrzewnieniem. Nie należy przy tym zapominać o uczciwej pracy milionów Polaków, którzy na przekór przeciwnościom losu jakoś w tym ponurym PRL-u starali sobie poradzić.

Starsze pokolenie (dzisiejszych czterdziestolatków, pięćdziesięciolatków, sześćdziesięciolatków), jeśli ma nieco oleju w głowie i na sprawę zdoła spojrzeć chłodnym okiem – dostrzeże zarówno przyprawione zabawnym purnonsensem, rodem z komedii Stanisława Barei, nostalgiczne w gruncie rzeczy obrazki ze swojej młodości (a do tej zwykle mamy stosunek pozytywny), jednocześnie nie puści w niepamięć całej patologii systemu – otępiającego, represjonującego, ba, posuwającego się nawet do likwidowania „elementów społecznie niebezpiecznych”.

Co jednak z nowym pokoleniem, które czasy PRL-u zna jedynie ze wspomnianych filmów, zdjęć i opowieści?

Im raz świadomie, częściej (mam nadzieję) mniej, wciska się kit. Skutek jest oczywisty: PRL jawi się jako cudaczna kraina, pełna humoru, zabawnych eksponatów, ludzi z inwencją. Ucieka prawda o tym, że zabawne eksponaty wiązały się z niedomaganiem gospodarki, ważniejsza od wiedzy stała się umiejętność kombinowania, a dobry humor był lekiem na niesprawiedliwość, swoistą odtrutką na zło tamtego systemu.

Niewielu dzisiaj znalazłoby się takich, którzy wpadliby na pomysł otworzenia restauracji przenoszącej nas do okupowanej przez Niemców Warszawy, natomiast jeszcze kilka lat temu osobiście trafiłem do knajpy ozdobionej wizerunkami politycznej socjety PZPR. Tłumaczenia, że może to być pouczająca lekcja historii należy włożyć między bajki, bo zdjęcie mordercy Bieruta waży w tej sytuacji tyle samo co fotografia mordercy Hitlera.

Oczywiście istotny jest kontekst, daleki jestem od opowiedzenia się za polowaniem na czarownice, niemniej, zwłaszcza w przestrzeni miejskiej, sugeruję korzystać z szafarza komunistycznych pamiątek z głową, przede wszystkim dlatego, aby za kilka lat nie okazało się, że PRL to jedynie seta, schabowy, swojskie menu w restauracji a’la komuna, czy pojęcie związane z estetyką, nie zaś narzucony siłą, wynaturzony system polityczny, który spowodował tyle nieszczęść.

Czy to przesada? Ocenią Państwo samo. Zachęcam do kulturalnej dyskusji w komentarzach.

RP / komentarz autora – nie redakcji.

Zdjęcia: wikipedia.org, Maciej Stempij, Narodowe Archiwum Cyfrowe